Recenzja płyty „Slaves of Apocalypse” zespołu HELLHAIM

'

Trzeba to sobie powiedzieć wprost – heavy metal jest w odwrocie. Powstaje bardzo mało kapel grających ten gatunek. Zwłaszcza w naszym kraju młodych, gniewnych zespołów idących tropem Judas Priest czy Iron Maiden, które zaistniały w świadomości słuchaczy jestem w stanie policzyć na palcach jednej ręki. Hellhaim to przedstawiciel tej zacnej muzyki, choć debiutantem nazwać go nie można, mimo wypuszczenia debiutanckiego albumu.

To kapela, której początki sięgają jeszcze 1984 roku czyli okresu, kiedy ciężkie granie było u nas w cenie. Jednak w wyniku wielu perturbacji i powstania w międzyczasie innych projektów jak Holocaust czy Alioth, Hellhaim musiało zaczekać na swoją kolej. Dlatego też co rusz słychać, że każdy utwór został należycie dopracowany.

„Slaves of Apocalypse” jest płytą różnorodną. Po jej odpaleniu wita nas intro bogate w organy, co w ogóle nie wskazuje na jazdę bez trzymanki, która zaczyna się wraz z rozpoczęciem Decimatora”. Ten utwór stanowi laurkę dla Mercyful Fate i Judas Priest. To świetny otwieracz i z marszu staje się jednym z najlepszych kawałków tego wydania.

Numer tytułowy podtrzymuje poziom poprzednika, a nawet go przewyższa. Spośród dziewięciu propozycji jest on najdłuższy i najbardziej rozbudowany. W ciągu ośmiu minut otrzymujemy całą paletę brzmień – od klimatycznych partii, po czysto thrashowe utrzymane w duchu Testamentu. Mimo to nie sposób się nudzić, każdy motyw został dobrze napisany, wpada w ucho, a co ważniejsze nie dłuży się.

Hellhaim to na tyle zdolna bestia, że sprawdza się nawet w bardziej glamrockowych piosenkach, a tą niewątpliwie jest „Eclipse”.  Jednakże słuchając jej nie odczujecie wrażenia obcowania z kiczem – nawet taki wesoły numerek muzycy przygotowali należycie i głowa sama zaczyna się bujać.

Jedyne co wybija z rytmu to „Golgotha”. Nie jest to zła kompozycja, ale ze swoim podniosłym, filmowym klimatem nijak pasuje na środek płyty. Lepiej by się sprawdziła jako ta, która zamyka krążek. Jeżeli miałbym wskazać najbardziej przekombinowany moment wydawnictwa to mój wybór pada na „Ghosts of Salem”. Tam dzieje się naprawdę za dużo – najpierw mamy sabbathowy wstęp, który przechodzi w riff grany staccato. Potem powraca heavymetalowa jazda, z której wybijają nas niepokojąco brzmiące klawisze, które w tym przypadku kojarzą się z rozstrojonymi organami. Z kolei pod koniec utworu zespół nagle przestaje grać harmoniczne solówki, by przez kilka taktów wprowadzić wodnisty motyw przywodzący na myśl „Rime of the Ancient Mariner”, lecz tutaj pasuje on jak pięść do nosa.

Mimo rozczarowującej ostatniej piosenki, debiut Hellhaim to kawał dobrego gitarowego grania. Pochwały należą się także Mateuszowi Drzewiczowi, którego możliwości wokalne są ogromne i nadają muzyce dodatkowej mocy. Ten wokalista potrafi zarówno porządnie ryknąć jak Nergal, by zaraz potem wydrzeć się jak Rob Halford za czasów świetności. Ponadto sprawdza się w zwykłym śpiewaniu, co dziś potrafi niewielu metalowych wokalistów. Owszem, można mu zarzucić, że brzmi jak Martin Steene, kiedy to śpiewał w Force of Evil, ale w odróżnieniu od niego Mateusz nie ma problemów, by zaśpiewać tak samo dobrze na żywo.

Podsumowując „Slaves of Apocalypse” to świetne wydawnictwo zarówno pod kątem muzycznym jak i produkcyjnym. Można mieć jedynie obawy co do tego jaka będzie następna płyta, ponieważ ta nie nakreśla wyraźnie, w jakim kierunku chcą podążyć muzycy Hellhaim. Jednakże każdy znajdzie tu coś dla siebie, bo ten krążek pokazuje czym jest granie hard and heavy.

recenzja: Grzegorz Cyga

Related posts

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.