Recenzja płyty „Anthem Of The Peaceful Army” zespołu Greta Van Fleet

'

W obecnych czasach modne jest stwierdzenie, że rock jest martwy. W tej tezie tkwi ziarno prawdy – niewiele jest młodych kapel, które interesowałyby się tą muzyką, zwłaszcza w jej klasycznej odmianie. Na przestrzeni dekad rock wyewoluował tak mocno, że dziś ciężko jest scharakteryzować czym właściwie jest i jak powinien brzmieć.

Dlatego nie dziwi mnie fakt, że Greta Van Fleet w ciągu kilku miesięcy stała się najbardziej rozchwytywanym młodym zespołem – warto jednak zaznaczyć, że Greta powstała w 2012 roku. Chociaż już w pierwszych latach zespół tworzył własne utwory nie zyskał takiej popularności, jaką posiada teraz. Co ciekawe nazwa pochodzi od 87-letniej mieszkanki rodzinnego miasta Frankenmuth w stanie Michigan, która nazywała się Gretna Van Fleet. Założycielom tak bardzo podobało się to imię, że uznali iż po zmianie na Greta Van Fleet będzie się nadawać na nazwę, co więcej – nie sugeruje jaki rodzaj muzyki jest wykonywany.

 

 

Od momentu zaistnienia w mediach młodzi rockmeni nie kazali światu długo czekać na swój pełnoprawny album długogrający. „Anthem Of The Peaceful Army” ukazał się niecały rok po wydaniu składanki dwóch mini-albumów – „From The Fires”. Od czasu wypuszczenia singla „Highway Tune” muzyka Grety jest nieustannie porównywana z dokonaniami Led Zeppelin.

Na „From The Fires” ciężko było się z tym nie zgodzić – podobne dźwięki wylewały się z głośników, a głos Josha Kiszki w wersji studyjnej brzmiał jakby należał do młodego Roberta Planta. Z czasem jednak artyści zaczęli ujawniać, że nie jest to ich jedyna inspiracja, a te są zdumiewające, jeśli weźmiemy pod uwagę wiek osób w składzie. Joshua i Jake Kiszka to bliźniacy mający 22 lata, najmłodszy z rodzeństwa Samuel ma 19 lat, a perkusiście – Danielowi Wagnerowi – przypadła rola najmłodszego w całym zespole, ponieważ ma on zaledwie 18 lat.

Dla dzisiejszych nastolatków takie nazwiska jak B.B King, Joe Cocker czy Demis Roussos przeważnie nie są znane. Jednak odpowiednia edukacja muzyczna zaowocowała tym, że każdy z braci słucha bardzo różnej muzyki od klasycznego rocka po afrykańskie brzmienia.

„Anthem Of The Peaceful Army” składa się z jedenastu utworów (a właściwie to dziesięciu) i trwa 45 minut. Połowa materiału to klasyczny hard rock z przełomu lat 70/80 ubiegłego wieku, do jakiego zespół zdążył już przyzwyczaić fanów. Od szóstego Greta próbuje zaskoczyć słuchacza serwując lżejsze kompozycje zahaczające o folk. Już na mini albumach pojawiły się utwory o bardziej balladowym charakterze jak „Flower Power”, lecz pełniły rolę urozmaicenia. Natomiast na longplayu akustyczne piosenki stanowią sporą część zawartości – wręcz można odnieść wrażenie, że strona B składa się wyłącznie z lżejszych fragmentów.

Jakiś czas temu w prasie można było przeczytać zapowiedzi, że zespół ma mnóstwo niewydanego wcześniej materiału, który niekoniecznie zalicza się do rockowego gatunku i tak faktycznie jest. Słuchając takich numerów jak „You’re the One” (który przypomina nieco „Flower Power”) „Watching Over” czy „Mountain Of The Sun” przenosimy się w lata 60-te i 70-te, by poczuć ducha ruchu hippisowskiego i takich legend jak The Animals, The Beatles czy Yes. Jednakże taki utwór jak „Brave New World” pokazuje, że Greta Van Fleet próbuje odnaleźć własny styl także we współczesnych czasach.

 „Brave New World” jest dużo bardziej emocjonalnym fragmentem płyty aniżeli np. „The New Day”. Dodatkowego uroku dostarczają symfoniczne chórki, które mi osobiście przypominają „Sleeping Sun” Nightwisha.

Wspominałem, że „Anthem Of The Peaceful Army” w rzeczywistości posiada 10 utworów. Powodem, jest tutaj „Lover, Leaver”, który występuje w dwóch wersjach. Druga nosi tytuł „Lover, Leaver (Taker, Believer) i różni się dłuższą solówką przeradzającą się w jam session. Na koncertach Grety owa improwizacja potrafi trwać nawet pół godziny.

Dlatego jeśli spodziewaliście się, że Greta Van Fleet na debiutanckim LP pokaże jeszcze większego rockowego pazura, to możecie się srogo zawieść. Ten zespół hołduje największym tuzom ubiegłego wieku i na tej płycie to wyraźnie słychać. „Anthem Of The Peaceful Army” przywołuje ducha muzyki, której od dawna w takiej formie nie ma w mediach.

Można było jednak oczekiwać, że swoją szansę na zapisanie się w historii muzyki otrzymają niepublikowane rzeczy jak „Motown Funk” i „Standing On”. Tak się nie stało, lecz to nie znaczy, że debiut Amerykanów się dłuży. Jedyne co drażni to głos Josha Kiszki.

Na starszych dokonaniach młody wokalista szukał swojej barwy, modulował głos, bawił się nim – teraz, kiedy obwołano go nowym Robertem Plantem praktycznie nie schodzi z wyższych rejestrów. Ponadto ma tendencję do używania scatu, co w przypadku jego głosu irytuje i brzmi jak zwykły popis. Zwłaszcza wtedy, kiedy ozdobniki występują w każdym, kolejnym utworze. Plusem jest chociaż to, że na przestrzeni roku rozwinął swoje możliwości i zarówno na koncertach jak i na tym albumie można usłyszeć więcej Josha Kiszki niż Roberta Planta.

„Anthem Of The Peaceful Army” mimo dość szybkiej premiery jest urozmaiconym wydawnictwem. Z drugiej strony jego przeznaczeniem jest słuchanie w drodze do pracy, przy kolacji, niż do sprawdzenia mocy głośników na autostradzie. Osobiście jestem pod wrażeniem, że muzycy nie poszli po linii najmniejszego oporu i zaserwowali muzykę, która choć osadzona jest w archaicznym klimacie brzmi bardziej współcześnie, lekko i przyjemnie.

recenzja: Grzegorz Cyga

Related posts

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.